Czwartek, 18 stycznia 2018

Tagi: Inowrocław wiadomości region rzemiosło wywiad szewc Włodzimierz Krzyżowski zanikające zawody

24 czerwca 2016, aktualizowano: 24 czerwca 2016

Włodzimierz Krzyżowski - ostatni w Inowrocławiu mistrz szewski od lat prowadzi rodzinny zakład przy Kasztelańskiej

Fot.: Renata Napierkowska

Renata Napierkowska

Zawód szewca powoli zanika. - Doprowadzili do tego Chińczycy, którzy zalewają polski rynek tanim obuwiem - mówi najstarszy szewc inowrocławski, Włodzimierz Krzyżowski. Cech Rzemiosł Różnych i Izba Rzemieślnicza zabiegają, by ten zawód nie zaniknął.

Od ilu lat Pan uprawia ten zawód? I jak długo ta tradycja przetrwała w Pana rodzinie?


Uczyłem się zawodu od ojca Stanisława Krzyżowskiego. Zresztą nie tylko ja, ale większość przedstawicieli tego zawodu w naszym regionie, jak Rojek, Jóźwik, szewcy z Mogilna. Praktycznie to wychowałem się w zakładzie szewskim. Mój ojciec miał zakład w tym samym miejscu, gdzie ja prowadzę teraz od 1947 roku. Mieszkaliśmy w tej kamienicy na piętrze do 1985 roku. Jak byłem dzieckiem to lubiłem schodzić na dół do zakładu i przyglądać się, jak ojciec naprawia buty czy robi nowe. Nazwa ulicy się zmieniała, ale nasz zakład pozostał taki sam. Najpierw była tu Kasztelańska, potem za PRL-u zmienili nazwę na Armii Koreańskiej, a teraz znów zakład szewski jest przy Kasztelańskiej. To jest najstarszy zakład szewski w mieście, a ja jestem ostatnim szewcem, który ma tytuł mistrza i pracuje jeszcze w tym zawodzie. Dziś szewców już prawie nie ma, a pamiętam czasy, gdzie taki zakład mieścił się przy każdej większej ulicy i wszyscy mieli robotę.

Jak się zmieniła praca na przestrzeni tych lat, kiedy stawiał Pan pierwsze kroki w tym zawodzie?

Teraz ludzie przychodzą, żeby wymienić obcasy, podkleić podeszwę, jak się rozkleiła. Dawniej szewc nie tylko naprawiał, ale wyrabiał buty. Mój ojciec to dla panów robił oficerki na miarę. To była prawdziwa sztuka. Takie buty robiło się z prawdziwej skóry. Oficerki musiały tak się świecić, że można było się w nich przejrzeć. I takie buty służyły człowiekowi przez kilkanaście lat. Kiedy ja zostałem czeladnikiem, a potem, mistrzem, robiłem najczęściej półbuty dla panów na miarę. W zakładzie szewskim produkowało się też buty, które potem sprzedawane były w sklepie. Dziś nawet w dużych miastach, mało który szewc robi buty, a dawniej oprócz szewców w naszym mieście było jeszcze kilkunastu cholewkarzy, a dziś ten zawód już nie istnieje. Szewc brał miarę od klienta, zanosił skórę do cholewkarza, ten robił cholewkę, a potem w zakładzie szewskim wyrabiało się buty. Jedna para powstawała przez co najmniej dwa dni, bo wszystko trzeba było zrobić ręcznie, a nie tak jak teraz, że z taśmy w fabryce jedne buty zjeżdżają za drugimi. Ostatnie buty zrobiłem w 2000 roku.

Na brak klientów, którzy przynoszą obuwie do naprawy chyba jednak Pan nie narzeka, skoro teraz buty produkowane fabrycznie, nie są tak wytrzymałe, jak niegdyś?


Teraz to szewc stoi w drzwiach i wygląda na klienta, mimo że osób, które zajmują się naprawą obuwia, zostało tak mało. Chociaż obuwie jest kiepskiej jakości, to wcale nie wszyscy je naprawiają. Przyczyna jest taka, że się to nie opłaca. Ten zawód zniszczyło to, że nasz polski rynek zalewa byle jakie, tanie obuwie sprowadzane masowo z Chin. Nie opłaca się naprawiać butów, które kosztują 30, 20, a nawet 10 złotych, skoro za wymianę fleków trzeba zapłacić 15 czy 20 złotych. Jak przychodzą tacy klienci, to od razu im mówię, żeby poszli i kupili sobie nowe buty za te 20 złotych, bo to bardziej im się opłaci. Obuwie chińskie robione jest z tanich i byle jakich materiałów, więc nie opłaca się go nawet naprawiać, bo za miesiąc czy dwa i tak znów się wszystko rozleci.

Cech Rzemiosł Różnych w Inowrocławiu i Izba Rzemieślnicza w Bydgoszczy chcą jednak zrobić wszystko, by ten zawód nie zanikł tak, jak profesja cholewkarza.

Tak, wiem. Dostałem propozycję, bym został członkiem Izby Rzemieślniczej przy egzaminach na czeladnika i mistrza. Fachowców z mistrzowskim dyplomem brakuje. Pewnie się zdecyduję na to, by zostać członkiem komisji egzaminacyjnej, ale uczniów już sam szkolić nie zamierzam. Jestem za stary, mam prawie 70 lat i emeryturę, a tutaj przychodzę i prowadzę ten zakład głównie z nudów, żeby zapełnić wolny czas.Poza tym lubię swoją pracę i trudno mi tak zupełnie z naprawiania butów zrezygnować, choć zysku człowiek praktycznie z tego nie ma. Gdybym nie miał emerytury i musiał opłacić ZUS, to w ogóle ta działalność,by się już nie opłaciła.


Jak dawniej wyglądało kształcenie rzemieślnika? Co trzeba było umieć, by zdobyć dyplom mistrza?


Jak już mówiłem zawodu uczyłem się pod okiem ojca. najpierw przez trzy lata byłem uczniem. Kiedy zdałem egzamin zostałem czeladnikiem. w 1978 roku zostałem mistrzem szewskim. W komisji czy na czeladnika czy mistrza zwykle były trzy osoby z uprawnieniami mistrzowskimi. Nie wystarczyło tylko naprawić buty, ale trzeba było zrobić od początku do końca jedną parę. Była też część teoretyczna. Kandydat mna czeladnika czy mistrza musiał znać materiały, , umieć odpowiedzieć na pytania zadawane przez komisję egzaminacyjną. Po tym, jak zdobyłem tytuł mistrza, ojciec przekazał mi swój zakład i ja go poprowadziłem. Ojciec jednak nadal przychodził i pomagał mi naprawiać buty.

Jest impreza!

  • Brak wydarzeń tego dnia

  • Brak wydarzeń tego dnia

  • Brak wydarzeń tego dnia

  • Brak wydarzeń tego dnia

  • Brak wydarzeń tego dnia

  • Brak wydarzeń tego dnia

  • Brak wydarzeń tego dnia

forum bydgoskie