Poniedziałek, 15 października 2018

Rodzina - to brzmi smutno

Mariusz Załuski

Rodzina to, jak mawiają uczeni ludzie, podstawowa komórka społeczna. Problem w tym, że ta komórka bywa czasami wyjątkowo klaustrofobiczna i ponura, a choć jest niewielka, to dramaty, które się w niej dzieją, są ogromne.

„Prosta historia o morderstwie” to rzeczywiście historia banalnie prosta. Jedna z tych dziesiątków historyjek, które codziennie znaleźć można w lokalnych gazetach. Owszem, nie każda kończy się tak tragicznie, ale problemy są tak naprawdę zawsze takie same. Ot, mamy niby porządną rodzinę, która ma kłopoty. Alkohol, przemoc, odreagowywanie życiowych zakrętów na najbliższych, pcyhologiczne spętanie, nie pozwalające się wyrwać z kręgu wzajemnych zależności, czy w końcu z kręgu zła... Najpierw taka historia zwykle rozgrywa się w domowym zaciszu, ale z czasem wylewa się na zewnątrz. Bo tak naprawdę taki dramat zawsze się wylewa, tylko czasami nie bardzo go chcemy dostrzec. Szczególnie w specyficznych okolicznościach przyrody, jakimi są małe miasteczka.


I tu mamy drugi mocny moment filmu - małe miasteczko właśnie. O małych miasteczkach mówimy zwykle albo cieplutko, bo mogą być to urocze miejsca do życia, albo z przerażeniem. Bo w małym miasteczku, splątanym siecią wzajemnych zależności, wszelkie problemy bolą zdecydowanie bardziej. Bo wszyscy się znają, wszyscy tuszują, kryją, zamiatają pod dywan... No a w sumie gdzie to tytułowe morderstwo? Jest, a jakże, mamy tu kryminalną zagadkę, ale powiedzmy sobie szczerze - zdecydowanie nie o nią tu chodzi. „Prosta historia o morderstwie” to raczej tragiczna opowieść obyczajowa o spirali zła, która pożera rodzinę w bardzo oczywisty sposób. A my niestety doskonale wiemy, co będzie dalej. I wiemy też, że członkowie tej rodziny tak naprawdę niewiele mogą zrobić.

A wszystko zaczyna się sielankowo. Tatuś policjant w małym mieście, urocza mamusia, trzech synów. Najstarszy właśnie zostaje policjantem, trafia do tej samej komendy, w której pracuje ojciec. Szybko orientujemy się, że sielanka to pozór - z reakcji dzieci i matki widzimy, że w rodzinie coś jest nie tak. Na końcu tej rodzinnej ballady są zwłoki rodziców i najróżniejsze podejrzenia o to, co doprowadziło do ich śmierci. Bandycka szajka z małego miasta? Skorumpowani koledzy? Rodzinny dramat?

Trzeba przyznać, że pan Jakubik, aktor wybitny i muzyk całkiem udany, jako reżyser też radzi sobie uroczo. Żongluje dwoma planami czasowymi - i robi to na tyle zgrabnie, że ani przez moment nie gubimy się w tej opowieści. No i aktorski poziom: Andrzej Chyra w roli policjanta-alkoholika, Kinga Preis w roli zaplątanej w chory związek żony, Filip Pławiak jako szarpiący się i próbujący coś robić syn... Oczywiście nie ma tu żadnych obsadowych zaskoczeń, ale nie ma też żadnej fałszywej nuty. Jest fajny koncert. Cóż, „Prosta historia o morderstwie” to pewnie nie jest film na Oscara. Ale na następny film pana Jakubika będę czekał szczerze.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 30-10-2016 16:56

    Oceniono 2 razy 1 1

    - hens: Kretyński tytuł kretyńskiej recenzyjki. Ale czego się spodziewać po niemieckim hyclu.

    Odpowiedz